Objawienia - Recenzja

21.04.2008. Źródło: własne
Siadając do „Objawień” nie do końca wiedziałem czego się spodziewać.
Szybkie przekartkowanie nasunęło od razu kilka skojarzeń, które zupełnie się gryzły:
Watykan, cartoon, teorie spiskowe… I o ile pierwsze i trzecie współgra ze sobą już od wieków i nadal – mimo ekstremalnej eksploatacji i wyświechtania– pozostaje motywem, po który często sięgają scenarzyści i pisarze oraz ludzie po drugiej stronie barykady– odbiorcy, ma się rozumieć. I teraz jak połączyć „Kod Leonarda” z cartoonowym stylem? Adle…tfu, autor boli bloga, zrobił to tworząc Kota Leonarda da Vinci… Można i tak, ale duet Jenkins, Ramos poszedł w zupełnie inną stronę.

Nietypowo zacznę od rysunków.
Humberto Ramos to rysownik o bardzo charakterystycznym stylu. Lekka kreska, kreskówkowa anatomia, dużo ołówka, mało tuszu… Zazwyczaj widywałem go w rzeczach traktujących o superbohaterach czy temu podobnych lekki rzeczach, gdzie do jego kreski zawsze rzucano ostry kolor, mocne światło, jaskrawe odcienie. Jak to może mieć się do bocznych uliczek Rzymu, spiskowych teorii etc.? Ano ma się bardzo dobrze. Tym razem kolory są raczej matowe, bez zbędnego efekciarstwa. Co również wychodzi na plus komiksowi, to fakt, że tak lekki rysunek dobrze kontrastuje z fabułą, gdzie już tak lekko i przyjemnie (dla bohaterów przynajmniej) nie jest.



Ale do rzeczy. Na początku dostajemy scenkę, w której grubas z brodą w stroju biskupa leci z okna i wpada na płot, a w efekcie tegoż wpadnięcia nadziewa się na kolce. Wtem zza winkla wybiega kolejny gość z brodą, do tego w klasycznym płaszczu z kapturem w stylu „knuję coś niedobrego, ale jestem zbyt tajemniczy byście wiedzieli co” (nie mylić z płaszczem „nie mam nic pod spodem, chcesz zobaczyć?”) i fikuśnym sztyletem dziabie grubasa, krzycząc coś po łacinie. Chwilę potem wybiegają gwardziści (tak, ci w strojach renesansowych clownów) i … Przenosimy się do małego mieszkania gdzieś w Londynie. Tu poznajemy głównego bohatera i narratora w jednym (jak kryminał, to po całości, nie ?). Charlie Northern jest detektywem Scotland Yardu. Lubi ćmić lulki (rzuca odkąd zaczął, a każdego papierosa z ramki przed odpaleniem częstuje wymyślnym wyzwiskiem w stylu „przeklęty mały wieprz” czy „kangurze jajca”), piłkę nożną, piękne kobiety, teorie spiskowe– niekoniecznie w tej kolejności. Taki trochę Constantine tyle tylko, że bardziej detektywistyczny, niżeli egzorcystyczny. Do jego drzwi puka niejaki Marcel Leclair. Marcel jest kardynałem i informuje Charliego, że grubas z brodą, którego niezręczny parkour widzieliśmy dwie strony temu, to arcybiskup William Richleau– główny kandydat na papieski stołek oraz prosi naszego detektywa o pomoc w rozwiązaniu sprawy.

Dalej dostajemy kilkadziesiąt stron, na których trup ściele się raz na jakiś czas, głupia intryga, goni jeszcze głupszą intrygę, romans to zapchajdziura z niebywałym– dla nas i dla Charliego– zakończeniem. Ale nie myślcie sobie, że to są minusy, wręcz przeciwnie. To konwencja! Wszystko pomyślane jest naprawdę z polotem, dialogi momentami rozbrajają (raz czy dwa tłumaczenie może nie wyrabiać przy gierkach słownych, ale da się przeżyć), a pointa… Cóż pointa jednych zaskoczy, innych zażenuje, a kolejnym udowodni, że to na co wpadli w połowie komiksu było dobrym tropem i dedukują lepiej niż detektyw Scotland Yardu. Ktoś wspominał, że tego komiksu nie poleca katolikom. Jako ktoś siedzący mocno w tych wszystkich kościelnych niuansikach mogę śmiało powiedzieć, że wizja kościoła rzymsko katolickiego, chrześcijaństwa czy świata w ogóle, którą prezentuje nam tu Paul Jenkins jest dobrym religious fiction, ale tak dalekim od prawd kościoła, że nawet bardzo zagorzały katolik potrafiący odróżniać rzeczywistość od fikcji i mający dystans do wizji kościoła-instytucji bez problemu przełknie wszystko, co zostało tu zaprezentowane.

Jeśli komuś podobał, lub nie podobał się „Kod Leonarda da Vinci”, jest gorliwym katolikiem i chce iść na księdza, lub wręcz przeciwnie, w piwnicy ma ołtarzyk ku czci szatana, nosi glany i nie wyrzuca śmieci nawet, gdy mama prosi, a już przede wszystkim, jeśli ktoś lubi dobrze opowiedzianą i bardzo sprawnie zilustrowaną historię z teoriami spiskowymi w tle, powinien sięgnąć po „Objawienia”.

C.Z