Spider-Man 3- czy warto?

15.05.2007.
Pewne mechanizmy zachowań tłumu da się łatwo przewidzieć, i tak też będzie w tym przypadku. To, że fani Pająka po obejrzeniu trzeciego Spider-Mana będą marudzić, jest oczywiste. Przeciętny zjadacz chleba wybierze się do kina, bo to głośny tytuł, bo są fajne efekty, bo jest to czysta rozrywka niewymagająca zbytniego angażu szarych komórek, i nie ma co do tego wątpliwości. Zastrzegam, że należę do pierwszej grupy, więc będzie bardzo krytycznie, aczkolwiek parę jasnych punktów udało mi się dostrzec. A teraz przejdźmy do rzeczy.

Zacznijmy może od plusów, choć pamiętajmy, by nie przesłoniły nam liczby minusów (że się tak posłużę znanym cytatem). Cóż, należy przyznać, że Raimi doskonale bawi się przy ekranizowaniu kolejnych przygód Pajęczaka i w wielu momentach czuć tutaj prześmiewczy styl i zabawę konwencją, dzięki którym jako młodzikowi, reżyserowi Evil Dead i Army of Darkness udało się stworzyć perełki kina klasy B, i, nie bójmy się użyć tego słowa, dzieła kultowe. Trzeci Spider obfituje w porozumiewawcze mrugnięcia okiem do widza, co powoduje, że nie da się tego filmu brać na serio, zatem nie można też go totalnie zjechać i zmiażdżyć, no, chyba, że ktoś spodziewał się po nim traktatu filozoficznego albo doznania iluminacji. Takich ludzi spytam, czy komiksowy oryginał wskazał im ścieżkę, po której mają kroczyć przez życie i czy już zaczęli skakać po dachach w obcisłym trykocie? Nie oszukujmy się, Spider-Man to pozycja nastawiona na prostą rozrywkę i idiotyzmem byłoby stawiać go obok dzieł Crumba. Ekranizacja także takowej niewymagającej radochy dostarcza, choć w wielu miejscach raczej nie było to zamierzenie autorów.
Zabawę we wspomniany pastisz można zauważyć w masie scen, przy czym ta najwyrazistsza to przemarsz odmienionego czarnym kostiumem, „złego” Petera Parkera przez miasto w poszukiwaniu co zacniejszych przedstawicielek płci pięknej (w tle brakuje tylko grającego „You can tell by the way I use my walk...” dla dopełnienia całości). Mój kinowy fotel aż skrzypiał, bo takich spazmów śmiechu nie dostarczyła mi większość komedii ostatnich lat. Tobey Maguire wyczuł koncept i przekomicznie zagrał zarówno podrywanie nadobnych dziewoi na ulicy, jak i niemal musicalową scenę tańcu na barze w klubie jazzowym. Widać, że podobała mu się mała odskocznia od pierdołowatego Parkera w stronę cynicznie uśmiechniętego sukinkota.
Nie należy też zapominać o kreacji J.J. Jamesona (J.K. Simmons), który jest po raz kolejny w 100% zgodny z komiksowym kanonem. Na ekranie widzimy JJJ przez niecałe 10 minut, a błyszczy jaśniej niż cała pierwszoplanowa obsada.
A jako mały ukłon w stronę fanów, Raimi znowu obsadził w krótkim epizodzie legendarnego Bruce’a Campbella. Co prawda jego rola kelnera aż nazbyt kojarzy się z Johnem Cleesem (nawet aparycja podobna), ale nie zmienia to faktu, że kolejna zdrowa porcja śmiechu została dostarczona.

Dość o aktorskich popisach (których niestety mało w tym filmie), bo, co przy budżecie równym 250 milionom zielonych nie powinno dziwić, najbardziej rzucającym się w oczy pozytywnym elementem Spidera są, rzecz jasna, efekty specjalne. Sandman (szczególnie jego próby pozbierania się do kupy) zapewne będzie się śnił grafikom z listy płac po nocach jeszcze przez wiele miesięcy, ale ich trud nie poszedł na marne. Podobnie ma się sprawa z symbiotem- przejęcie kostiumu pająka, jak i asymilacja z Eddiem Brockiem to animacyjny majstersztyk.

Trzeba jednak w tym miejscu napomknąć, że filmowcy dostali chyba tej kasy za dużo i kiedy po wydaniu dwustu baniek na komputery zostało im jeszcze pięćdziesiąt, nie wiedzieli, co zrobić z taką furą pieniędzy. Zamiast oddać je na sierotki albo schować za pazuchę, postanowili rozciągnąć obraz w czasie do ponad dwóch godzin, co wbrew pozorom, nie wyszło ekranizacji na dobre. Mimo takiej długości, wszystko wydaje się zrobione bez pomysłu, byleby wcisnąć jak najwięcej. Postać Gwen Stacy można spokojnie wyciąć, a nic by się nie straciło- rola ta w fabule niczemu nie służy. Zresztą, Bryce Dallas Howard spokojnie dałoby się zastąpić manekinem w blond peruce, poziom aktorstwa byłby bardzo zbliżony.
Największym zmarnowaniem potencjału (i pieniędzy) jest postać arcywroga Pająka- Venoma. Jak wiemy, w komiksie Parker musiał się co i rusz borykać z czarną mazią, przejmującą sukcesywnie umysł Brocka i dostarczającą sporej traumy zarówno samemu Peterowi, jak i jego najbliższym (nie wspominając o czytelnikach, którym paskudnik groził, że zje im psa, jeśli nie kupią następnego zeszytu Amazing Spider-Mana). Tutaj zaś Venom naprzykrza się przez ostatnie pół godziny i nic z tego nie wynika. Do tych zarzutów wypadałoby dodać jeszcze słabiutkiego Tophera Grace’a w roli Brocka. Nie wychodzi mu ani udawanie totalnego motherfuckera (choć w wielu miejscach celowo go przekoloryzowano, co było nawet zabawne), ani złączonej z symbiotem poczwary. Temat tak nośny, a został potraktowany po macoszemu, ot tak sobie, żeby tylko był. Ciągnąc dalej temat pieniędzy wyrzuconych w błoto- sceny starć miast trzymać w napięciu, miejscami nudziły. Pierwsza walka Petera może i była widowiskowa, ale jakoś mnie nie porwała. Ostatnia potyczka też jakoś nie zachwyciła. Absolutnie niedopuszczalne w filmie akcji.

Czy to koniec minusów? O nie, moi drodzy, jest ich jeszcze parę. Jedna z najpoważniejszych wad to maksymalnie przesadzone momenty wzruszeń, tak teatralne, że aż śmieszne, czemu widownia w kinie dała wyraz, rechocząc, podczas gdy postacie na ekranie roniły łzy. Gdyby tak pomyśleć, to wszyscy w tym filmie płakali, wyłączając może Stana Lee, Jamesona, Campbella i jedną kelnerkę na trzecim planie. Kolejną bolączką jest ilość zbiegów okoliczności, przekraczająca wszelkie granice, nawet komiksowe. Zdobycie czarnego kostiumu przez Spidera, transformacja Sandmana, czy też najgłupszy zabieg scenarzystów- powiązanie tego ostatniego ze śmiercią wujka Bena, sprawiły, że od zgrzytania zębami prawie wypadły mi plomby. Dwie i pół godziny filmu, a nie udało się w miarę sensownie poskładać wszystkiego w logiczną całość.
Do pomniejszych głupot należy jeszcze dodać sceny z dzieciakami mówiącymi „Cool” i „Awesome” (nic mnie tak nie wkurza jak nikomu niepotrzebne wstawki z uśmiechniętymi gówniarzami) oraz obowiązkowe lądowanie Pająka na tle amerykańskiej flagi (wszyscy wiedzieli, że takowy moment nastąpi, tylko nie wiedzieli, kiedy) i mamy pełen obraz trzeciej odsłony Spider-Mana.

Jest słabo, bardzo słabo. Totalną katastrofą bym tego nie nazwał, (nie zapominajmy o takich hiciorach jak Elektra czy Catwoman) niemniej przeżyłem zawód. Jedynka była zdatna do oglądania, dwójka ocierała się nawet w kilku momentach o miano „dobry film”, trójka jednak to spory spadek formy. Jeśli ktoś nie wypełni dziur w scenariuszu i nie ograniczy Raimiemu i spółce budżetu na tyle, by nie zapuszczali się ze swoją fantazją na obszary dotychczas zajmowane przez szkolne przedstawienia i filmy Uwe Bolla, nie wróżę dobrze czwartej części.

Szanowny mój kolega po piórze, znany bliżej jako Szem Isaac, jako moje polarne przeciwieństwo, postanowił zrecenzować Spidera, używając wielu słów, które mają więcej niż dwie sylaby. Ponieważ gdy owo epistolarne cudo wreszcie pojawi się w serwisie, odnotowany zapewne zostanie trzykrotny wzrost przypadków udaru mózgu u co mniej zasobnych w słownictwo osób, więc stwierdziłem, że dla tych, którzy dekonstrukcję postmodernizmu naszego pokładowego filozofa przetrwają, a którzy chcieli by jednak przeczytać tekst dotyczący Spidera, napisany przez osobnika, który w swoim życiu ogranicza użycie słów takich jak „dywersyfikacja”, „lapidarny” tudzież „demolekularyzacja” do absolutnego minimum, stworzę to, co powyżej przeczytaliście. Isaaca wciąż poganiamy, aby wreszcie odłożył swoje mądre książki i zajął się czymś mniej kształcącym i głupszym (na zdrowie mu to wyjdzie), dlatego tez jego spojrzenie na trójkę Człowieka-Pająka powinno pojawić się na dniach.

Yoghurt